NEWSLETTER:

e-mail:

Opeth - "Watershed"

Dziewiąty longplay w dyskografii grupy zaskakuje odważnym powrotem do deathmetalowych korzeni.

W ostatnich latach przywykliśmy do tego, że lider Opeth, Mikael Åkerfeldt, trzyma się blisko Stevena Wilsona. Słynny Brytyjczyk z ochotą wyprodukował kilka albumów Szwedów, a jego zamiłowanie do melancholijnej melodyjności nie pozostało bez wpływu na twórczość zespołu. Zaczęliśmy się przyzwyczajać, że Opeth to nordycki odpowiednik Porcupine Tree. Na szczęście nowa płyta Skandynawów, "Watershed", kazała nam przypomnieć sobie o zupełnie innej stronie ich twórczości.

 

Dziewiąty longplay w dyskografii grupy zaskakuje odważnym powrotem do deathmetalowych korzeni. Jest to jednak powrót przemyślany, wynikający z lat eksperymentów z rozbudowaną strukturalnie muzyką. Najmocniejsze punkty nieco nierównego albumu stanowią właśnie te utwory, w których perkusyjno-gitarowe kanonady i growle łączą się z zaskakującymi rozwiązaniami harmonicznymi i bazującymi na szerokiej gamie brzmień aranżacjami. Choć nie wszystkie kompozycje są tak porywające, jak można by sobie tego życzyć, jest na płycie wiele momentów przyprawiających o dreszcze.

Akustyczna, ckliwa nie do wytrzymania uwertura "Coil" może rozbudzić w słuchaczu błędne wyobrażenia o dziele, ale na szczęście idylla nie trwa długo. "Heir Apparent" stawia na nogi, łącząc mocne riffy, perkusyjne kanonady i piękny (tak, naprawdę piękny) growl Åkerfeldta z lirycznymi elementami w stylu starego Genesis. Mistrzowskim połączeniem metalowego ekstremum z prog-rockiem jest "The Lotus Eater". Niepokojące, atonalne linie wokalne przeplatane growlem nasuwają chwilami skojarzenia z popisami Seana Malone z Cynic. Wirtuozerskie gitary i dysonansowe pasaże łączą się z nastrojowymi partiami organów i z łagodnym interludium w starym stylu. Niestety po tym mocnym punkcie robi się nieco mniej ciekawie. "Burden" to artrockowa suita z wszystkim, czego od takowej można by oczekiwać - z melotronem, śpiewną elektryczną gitarą i boleśnie pięknymi partiami wokalnymi. "Porcelain Heart" to Opeth, do jakiego przywykliśmy w ostatnich latach - smutna, pięknie zaaranżowana ballada przeplatana mocniejszymi wstawkami. Rozbudowane "Hessian Peel" po raz kolejny przywraca rozproszoną energię. Po okraszonym sekcją smyczkową wstępie z rytmie walca utwór rozwija się dynamicznie, aby ponownie wprowadzić elementy death metalu. Powolne, ociężałe "Hex Omega" stanowi nastrojowe, lecz trochę przydługawe
zakończenie.

"Watershed" jest ciekawą i starannie dopracowaną mieszanką stylistyczną, której równowaga została jednak nieco zaburzona. Trochę szkoda, że refleksyjna, liryczna strona natury Åkerfeldta wzięła górę nad jego bardziej drapieżnym wcieleniem. Drobna zmiana w muzycznych proporcjach mogłaby uczynić z nowego dzieła Opeth album wybitny. W ogólnym rozrachunku płyta wydaje się być "zaledwie" bardzo udana.

<- Powrót do: Artykuły

Data dodania:  20-07-2008

Tylda Ciołkosz

Domowe Studio Nagrań - Niezbędnik

Istnieje kilka sposobów na skonfigurowanie zestawu do Domowego Studia Nagrań. Jeśli jesteś nowy w tej dziedzinie, może to prowadzić do poważnego bólu głowy. Przy tej ilości i różnorodności dostępnych produktów, początkujący...

 

Miditacja wszystko o MIDI

Pomysł na MIDI Dave'a Smith'a polegał na opracowaniu metody zapisu informacji jak i co grać, a nie zapisu samego dźwięku.

 

Nagłośnienie koncertowe - nieakustyczna strona

W tym odcinku przedstawimy nieakustyczną stronę koncertu. Jednym z ważniejszych aspektów tego typu imprez jest organizacja oraz umiejętność dogadania się z różnymi osobami mającymi często odmienne zdanie w tej samej...