NEWSLETTER:

e-mail:

Johnny Cash Remixed

Poza kilkoma chlubnymi wyjątkami zawarte na płycie kompozycje zdają się być tworzone według logiki: bierzemy utwór Casha, podnosimy siłę jego głosu, dodajemy basy, później bity i voila!

Na polski rynek trafił album zawierający remiksy utworów Johnny’ego Casha. W zamierzeniu jego pomysłodawców miał być on hołdem złożony wielkiemu muzykowi, oraz próbą zainteresowania jego postacią młodszych słuchaczy. Niestety. Oceniając całe to przedsięwzięcie można sparafrazować tytuł znanego filmu wojennego i powiedzieć, że był to „O jeden krok za daleko”. Po płytę tę miłośnicy Johnny’ego Casha na pewno nie sięgną, a jeżeli już to zrobią, to większość z nich nie pozostawi na tym produkcie suchej nitki. Nie da się ukryć, że jest to objaw pewnej hipokryzji, wedle której Johnny coverować może, ale coverowanie Johnny’ego jest już zbrodnią i świętokradztwem. Gdyby jednak jedynym problemem projektu było to, że obiektywnie ocenić może go tylko ktoś nie będący ortodoksyjnym fanem Casha, nie można byłoby mówić o porażce. Prawdziwym problemem jest, że choć pomysł był sam w sobie całkiem niezły, to jego wykonanie pozostawia wiele do życzenia. Myśląc o elektronicznych i hip-hopowych artystach, którzy byliby w stanie niedzisiejszemu już Cashowi nadać bardziej współczesną formę, jednocześnie utrzymując wysoki poziom pierwotnego materiału, do głowy przychodzą mi Moby, Fatboy Slim, DJ Shadow, The Roots, Guru czy Everlast. Niestety, nie licząc Snoop Dogga, Philipa Steira czy grupy Alabama 3, większość osób zaangażowanych do tego projektu stanowią przedstawiciele muzycznej trzeciej ligi. Podczas pracy nad „Johnny Cash Remixed” muzycy nie dostali nagłego przebłysku boskiego natchnienia i stworzyli dokładnie to, czego można się było po nich spodziewać. Poza kilkoma chlubnymi wyjątkami zawarte na płycie kompozycje zdają się być tworzone według logiki: bierzemy utwór Casha, podnosimy siłę jego głosu, dodajemy basy, później bity i voila! Nie trzeba chyba dodawać, że takie pojmowanie idei remixowania cofa muzykę w rozwoju o dobrą dekadę. Efekt końcowy jest taki, że w przerażającej większości w nasze ręce trafiają siermiężne „kawałki”, które swe istnienie powinny zakończyć na klubowej konsolecie.

 

W całej tej beczce dziegciu znajduje się jednak kilka łyżek miodu. A są nimi utwory, które mają do zaoferowania coś więcej niż tylko baryton Johnny’ego. Dzięki nim recenzja płyty może przybrać formę bardziej rozbudowaną, niż li tylko stwierdzenia: „wszystko co jest tu dobre pochodzi od Casha, wszystko co złe dodały osoby go remiksujące”. Album z wielkim przytupem otwiera Philips Steir dostarczając nam pulsującą wariację na temat „Get Rhythm”. Kiedy tylko u słuchacza zaznajomionego z oryginałem minie pierwszy szok, powinien szybko docenić połączenie disco-house’owej tonacji utworu, z przywodzącym na myśl pierwsze formy rapu szybkim wokalem Casha. Kiedy po Steirze pałeczkę przejmuje Count de Money następuje totalna zmiana estetyki. „Big River” został bowiem potraktowany z ogromnym szacunkiem i nie czuje się, by próbowano go na siłę unowocześniać. Drobne zaledwie przeróbki służą jedynie wyeksponowaniu tego, co w utworze istniało od zawsze, a czym był jego taneczny potencjał i swingujące brzmienie.

W zupełnie inny sposób klimat retro wytarza Sonny J. Praca nad remiksem „Country Boys” była dla niego okazją do powrotu do brytyjskiego big beatu lat 90-tych. I choć jego kompozycja nie może równać się z dokonaniami Fatboy Slima czy Apollo 440, stanowi jeden z jaśniejszych punktów całego albumu. Interesujący wyjątek na tle pozostałych utworów stanowi „Sugartime” budzący nieodparte skojarzenia z twórczością Everlasta. Jest to jedyny przypadek, kiedy na „Johnny Cash Remixed” tak odważnie wykorzystano rockowe gitary i bluesową rytmikę. Niestety – paradoksalnie – będąc jedną z lepszych kompozycji, ukazuje on największą ze słabości koncepcji całego projektu, jaką było nie zaproszenie do współudziału flirtujących z elektroniką i hip-hopem zespołów o gitarowych korzeniach (takich chociażby jak formacja Gorillaz). Z pozostałych utworów na uwagę zasługują jeszcze nieco psychodeliczny „Leave That Junk Alone” grupy Alabama 3, oraz oparty na instrumentach perkusyjnych i latynoskich samplach „Trail To Mexico” w wykonaniu Mexican Institute Of Sound.

<- Powrót do: Artykuły

Data dodania:  30-04-2009

 

1

2

»

Domowe Studio Nagrań - Niezbędnik

Istnieje kilka sposobów na skonfigurowanie zestawu do Domowego Studia Nagrań. Jeśli jesteś nowy w tej dziedzinie, może to prowadzić do poważnego bólu głowy. Przy tej ilości i różnorodności dostępnych produktów, początkujący...

 

Miditacja wszystko o MIDI

Pomysł na MIDI Dave'a Smith'a polegał na opracowaniu metody zapisu informacji jak i co grać, a nie zapisu samego dźwięku.

 

Nagłośnienie koncertowe - nieakustyczna strona

W tym odcinku przedstawimy nieakustyczną stronę koncertu. Jednym z ważniejszych aspektów tego typu imprez jest organizacja oraz umiejętność dogadania się z różnymi osobami mającymi często odmienne zdanie w tej samej...